foto: Paweł Wyszomirski

NILS PETTER MOLVAER

Jakub Knera: grasz na trąbce, co w przeciwieństwie do chociażby gry na gitarze, fortepianie, basie, wymaga dużej sprawności fizycznej - musisz ćwiczyć oddech, żeby wydobywać z niej odpowiednie brzmienie. Przygotowujesz się do tego specjalnie?

Nils Petter Molvaer: nie sądzę, żeby tak było tylko z trąbką czy instrumentami dętymi, do każdego instrumentu trzeba być jakoś fizycznie przygotowanym. A co do odpowiedniego oddechu, to bardzo ważne, nawet dla gitarzysty - ale wśród dęciaków jest mnóstwo instrumentów, w których trzeba oddychać jeszcze głębiej. Kiedy ćwiczę teraz, chodzi przede wszystkim o odpowiedni przepływ powietrza - gdy się rozgrzewam, najważniejsze jest otwarcie się na powietrze. Oczywiście często napinam mięśnie i od tego zależy bardzo dużo, jak będzie brzmieć moja muzyka. Ale nie mam jakiegoś specjalnego sposobu do przygotowania.

Trąbka to instrument organiczny. Jak doszło do tego, że postanowiłeś swoją twórczość rozszerzyć o elektroniczną muzykę, pełną sampli na swoich płytach.

Teraz mój zespół jest bardziej analogowy, nie jesteśmy tak elektroniczni jak kiedyś. Ale w mojej twórczości współpracowałem z muzykami tworzącymi elektronikę, loopy, ale także grającymi akustycznie, zawsze staram się łączyć kontrasty. Próbuję, zestawiając te dwa światy - organiczny z mechanicznym. To ważne, żeby między na przykład loopami a żywym perkusistą była równowaga. Po prostu tego szukam, czystego piękna, ale bardzo często powstaje ono z połączenia dwóch opozycyjnych rzeczy.

Pomówmy więcej o instrumentach - jednym z bardziej wyrazistych w twojej dyskografii jest gitara elektryczna, która od jazzowego świata trochę odstaje. Co Ci się w niej podoba, że tak bardzo ją lubisz? Na Baboon Moon w utworze Recoil jest silny gitarowy riff, przez co ten kawałek brzmi o wiele bardziej rockowo niż jazzowo, o ile Twoja muzykę można jeszcze nazwać jazzem.

Myślę, że mojej muzyce zdecydowanie daleko do jazzu! (śmiech). Mógłbym powiedzieć znów, że chodzi o kontrast, ale wszystko zależy od kontekstu i środowiska, w jakim powstaje dany utwór. To paleta kolorów, muzyków i instrumentów. Często zależy to od artystów z którymi współpracuję, oni mają duży wkład w kompozycje. W zasadzie określiłbym to, co robię jako free rock, bo mojej muzyce zdecydowanie bliżej do takiego określenia.

Jak w takim razie określiłbyś swoją muzykę, nie używając terminologii muzycznej?

Bardzo otwarta.

A jaki jest Twój stosunek do nu jazzu? Twoja muzyka tak też bywa określana. Od niemal dwóch dekad ten termin nabrał bardzo wielu znaczeń, zarówno w kręgu muzyki jazzowej jak i elektronicznej. Co nowego jest dla Ciebie w jazzie obecnie?

Kiedy myślę o muzyce, nie rozpatruję jej w kategoriach gatunków, nie dzielę jej na rock, folk, jazz, dla mnie wszystko bardzo mocno się miesza. Oceniam ją po prostu jako dobrą albo złą muzykę, taką, którą lubię lub nie. Każdy może nazywać ją jak tylko chce. Dla mnie w muzyce najważniejsze są emocje, głębia, coś, co tak naprawdę nie bardzo można nazwać, ludzkie porozumienie.

W takim razie jej rozwinięciem są koncerty. Podobno granie na żywo ma dla Ciebie w większym stopniu charakter medytacji?

Tak, definitywnie. Dla mnie to z pewnością medytacja. Grając, staram się być właśnie w tym momencie w którym gram, trwam w nim. Zatrzymuję czas, ale wszystko koncentruje się na tu i teraz. Musisz słyszeć na scenie siebie ale też innych, wiele na to wpływa. Potem, po koncercie zastanawiasz się, kiedy i jak szybko minęło te 90 minut! (śmiech) Mam wielkie szczęście, że to jest właśnie moja praca.