21. FESTIWAL JAZZ JANATR. RELACJA Z KONCERTU DUETU VIJAY IYER & CRAIG TABORN

21. Festiwal Jazz Jantar. (11.03.2018)

Okiem i uchem Stałego Bywalca

Vijay Iyer i Craig Taborn – każde z tych nazwisk wywołuje o miłośników jazzu dreszczyk emocji. Dwóch wielkich muzyków, dwóch wirtuozów, z pewnością mających przemożny wpływ na obecny, a jeszcze bardziej przyszły obraz tej muzyki. Iyer - bliższy jazzowej tradycji, lecz stale rozszerzający ramy tego gatunku.

Taborn – muzyczny wizjoner, z osobną, niepodrabialną narracją, którego nieoczywisty koncert sprzed pięciu lat nadal wspominam jako jedno z ważniejszych muzycznych przeżyć. Obaj, jak to gdzieś już niezwykle celnie napisano, zacierający granice między kompozycją a improwizacją. Razem, na jednej scenie.

Improwizacja na dwa fortepiany, jest – jak domniemam, bo muzykiem nie jestem - o tyle trudniejsza od tej z wykorzystaniem innych instrumentów, iż żaden z partnerów nie widzi tego, co gra ten drugi, nie widzi układu jego palców na klawiaturze, może jedynie wyczuwać jego intencje, w setnej części sekundy decydować, w jaki sposób odpowiedzieć dźwiękiem na dźwięk. Jest więc to bodaj najwyższy stopień muzycznego  zawierzenia, dialogu i zjednoczenia. Nie przysięgnę, ale jestem niemal prawie pewien, że obaj pianiści podczas ponadgodzinnego występu grali z zamkniętymi oczami. Na pewno nie wymienili ze sobą żadnego spojrzenia, nie dali sobie nawzajem znaku, oznaczającego koniec jednego tematu i przejście do kolejnego. Rozumieli się na poziomie muzyków z wieloletnim doświadczeniem, na poziomie wrażliwości i emocji, poziomie niedostępnym zwykłym śmiertelnikom. W granej przez nich muzyce nie było melodii, raczej impresje, lekko zaznaczone pola tematyczne, poddawanie się chwili, wsłuchiwanie się w siebie nawzajem. Raczej szkicowali niż malowali, choć wyrazistych barw ich muzyce z pewnością nie brakowało. Czy to w chwilach wyciszenia i kontemplacji, podczas których cyzelowali dźwięki, głęboko nad każdym się zastanawiając, czy to w momentach muzycznego szaleństwa, galopady przez klawiaturę, kontrapunktowych kaskad, oczywista była zasada partnerstwa. Żaden z muzyków nie próbował zapanować nad drugim, narzucić mu swojej narracji, pokazując przy tym niecodzienny poziom komunikacji - doskonale się wyczuwając potrafili niemal w sekundę zmienić tonację, uspokoić albo wzburzyć kompozycję, przejąć pałeczkę od partnera, dopełnić lub skontrapunktować rozpoczęty przez niego motyw.

Rozpiętość stylistyczna granych przez Iyera i Taborna tematów rozciągała się od muzyki klasycznej, przez gershwinowski jazz, bebop, po improwizowaną muzykę współczesną. Obaj we wszystkich tych odsłonach zdawali się czuć wybornie, nie preferując żadnego z nich, swobodnie się między nimi przemieszczając, popuszczając wodze fantazji, będąc jednocześnie na tyle zdyscyplinowanymi, by nie odpłynąć w sfery zrozumiałe tylko dla nich samych. Jedynym w moich uszach niedostatkiem tego koncertu była właśnie pewna powściągliwość, przewidywalna po Iyerze, ale której zupełnie – mając ciągle w pamięci ów solowy występ pięć lat temu – nie spodziewałem po Tabornie, cicho licząc na dawkę muzyki kompletnie odjechanej, takiej po której część publiczności będzie w panice opuszczać Salę Suwnicową, a część trwać w niemym zachwycie. Ta projekcja przeleciała mi przez myśl kilka razy, nie zakłócając jednak radości, jakie niosło to niezwykłe muzyczne spotkanie. Bo z pewnością był to koncert, który zdarzyć się może raz na wiele lat, który być może nie powtórzy się już nigdy. I to nie tylko z powodu trudności, jakie niesie ze sobą ustawienie na jednej scenie dwóch fortepianów, ale przede wszystkim z powodu niecodzienności takiej konfiguracji, unikalnej chęci zetknięcia się i zespolenia w jedną artystyczną całość, we frapującą muzyczną rozmowę, dwóch tak świetnych osobowości.

Doświadczenie tego koncertu było też doświadczeniem niezwykłej ciszy, która panowała podczas wykonywania bardziej stonowanych kompozycji. Ciszy i skupienia z jakimi publiczność, która szczelnie wypełniła Salę Suwnicową chłonęła wyborną muzykę duetu. Ciszy, w której można by było usłyszeć brzęczącą muchę, gdyby ta nieopatrznie dostałaby się na koncert. Ciszy, której doświadcza się tylko podczas najwspanialszych muzycznych przeżyć.

Czesław Romanowski

Aktualności